No i w tym miejscu popełniłam gigantyczny błąd. Zaczęłam czytać komentarze. Zostałam wręcz zalana tekstami w stylu "No tak, teraz to wszędzie trzeba na siłę upychać silne i niezależne postaci kobiece, które jedyne czym się charakteryzują to tym, że kopią facetom tyłki na lewo i prawo, bo tak i koniec! Parytety psia jego mać!", "Hue, hue, niech teraz cholerny Marvel wszystkich swoich superbohaterów przerabia na baby, najlepiej czarnoskóre transpłciowe lesbijki, bo to teraz takie modne, hue, hue...", "W filmie X miał być pokazany związek dwóch bohaterek!? Jak oni śmią prezentować widzom takie bezeceństwa!?" i ogólnie tego typu teksty. No i w pewnym momencie sama tak troszeczkę zaczęłam myśleć, że...kurde, może faktycznie w tych komentarzach (tych najbardziej wyważonych i merytorycznych oczywiście, bo na takie ewidentne trolololo najlepiej spuścić zasłonę milczenia) kryje się jakieś mikroskopijne ziarenko słuszności?
No bo nie da się ukryć, że w przeciągu ostatnich kilku lat rzeczywiście dostaliśmy tych superbohaterek trochę, czy to w serialach, czy to w filmach. I...faktycznie na podstawie tych produkcji można trochę odnieść wrażenie, że MCU nie za bardzo potrafi w postaci kobiece. Pierwszy solowy film o Kapitan Marvel pojawił się w kinach dosłownie na dwa miesiące przed Endgame, gdzie w tej drugiej produkcji Carol Danvers miała odegrać naprawdę kluczową rolę i miło by było, gdyby jednak została ugruntowana w historii nieco wcześniej. Solowy film o Czarnej Wdowie dostaliśmy dopiero po czwartych Avengersach, w których Natasza zginęła. Serial o She-Hulk został praktycznie zmiażdżony w recenzjach. A i w tych filmach, w których kobiety pełnią bardziej drugorzędne role nie jest wcale jakoś wesoło. Tutaj czwarty Thor ma jakieś problemy. Tutaj coś nie wyszło w drugim Ant-Manie. Tutaj coś było nie tak w drugiej Czarnej Panterze. No generalnie...MCU sypie się obecnie z każdej możliwej strony.
No ale dobra, poczytałam te komentarze, z niektórymi przez chwilę nawet się zgadzałam, ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że...no nie. To, że ludzie odpowiedzialni za tworzenie tej franczyzy mają ewidentny problem z wykorzystywaniem pełni potencjału większości swoich bohaterek (i, szczególnie ostatnio, sporej części bohaterów, tak tylko dodam dla porządku), to nie znaczy, że tych bohaterek w ogóle nie powinno w tych produkcjach być. Albo że wszystkie co do jednej mają zostać zredukowane do roli bezwolnego obiektu, któremu jakiś facet w rajtuzach musi ocalić życie, bo jak nie to zupełnie bezbronne biedactwa zginą śmiercią bolesną i tragiczną. To z całą pewnością nie jest odpowiedni kierunek.
A jak wy zapatrujecie się na pojawiające się w MCU istotniejsze postaci kobiece, zwłaszcza te nowsze? Uważacie ja za przekoksowane i niesympatyczne Mary Sue, czy jednak lubicie i widzicie w nich duży potencjał na przyszłość


więc trudno się odnieść do opowieści.
.