Hanya Yanagihara "Małe życie"
Historia życia Jude'a i grupy jego przyjaciół. Opowieść o dorastaniu, radzeniu sobie z mroczną przeszłością, miłości i przyjaźni, która trwa lata oraz o trudach życia i przemijania. Mogłabym się posłużyć opisem z okładki ale nie lubię tego robić, a nie potrafię opisać tej książki w kilku zdaniach, tak żeby oddać jej istotę. To trzeba samemu przeczytać, a już na pewno nie warto się sugerować blurbem, bo jest nieadekwatny.
Książka jest długa więc moje spostrzeżenia też zawarłam w dość obszernej formie. Samo tak jakoś wyszło, bo miałam bardzo dużo przemyśleń podczas czytania. Postanowiłam tę recenzję (czy może raczej zbiór luźnych przemyśleń), podzielić na rozdziały, żeby było to bardziej przystępne w odbiorze. Od razu uprzedzam też, że będą potężne spojlery, inaczej się nie da omówić pewnych kwestii więc jeśli ktoś ma zamiar czytać tę książkę, polecam ominąć tę recenzję i wrócić do niej już po lekturze.
Opisy i dialogi – Nie mam nic przeciwko długim i szczegółowym opisom i nawet je lubię (jestem tą dziwną osobą, która z własnej woli i z przyjemnością przeczytała "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej, nie pominąwszy ani jednego opisu przyrody). We współczesnej literaturze popularnej dominuje raczej trend, aby nie zamieszczać zbyt długich opisów, bo czytelnik traci szybko uwagę ale ja lubię opisy, bo budują klimat opowieści, nastrój, pokazują tło, pozwalają się zanurzyć w historię i bardziej w nią wczuć. Lubię wyobrażać sobie kolory, smaki, wnętrza itd. Niemniej, aby konstrukcja powieści nie była zaburzona musi istnieć równowaga pomiędzy opisami i dialogami. Gdy jest za dużo dialogu - to ma się wrażenie, że książka pędzi na złamanie karku i jest to męczące na dłuższą metę, bo nie da się wbić w klimat. Gdy jest za dużo opisów – to ma się wrażenie, że autor pcha watę, zamiast budować opowieść. Są autorzy, którzy bardzo przesadzają w którąś ze stron. Hanya Yanagihara zdecydowanie jest tym drugim typem. Nie liczyłam tego pod względem procentów ale jej książka to ściany opisów, bardzo szczegółowych i długich, wręcz rozwleczonych tak bardzo, że często nużą. Przy tym są to opisy niekoniecznie dobre i niepasujące do całości. Jest bardzo widoczna nierównowaga pomiędzy opisami, a dialogami ale nie to jest najgorsze. Ta książka ma ponad 800 stron, z czego co najmniej 300 nie wnosi nic do opowiadanej historii. Można by spokojnie odchudzić powieść, wyrzucając zbędne opisy. A są to rzeczy typu: co kto zjadł na obiad albo drzewo genealogiczne postaci tak pobocznej, że ledwo się pamięta jej imię i nie odgrywa ona żadnej większej roli w książce. Pod tym względem styl autorki przypomina mi styl Penny Jordan albo Diany Gabaldon (choć u Gabaldon opisy zwykle mają sens, bo to historyczne ciekawostki, jeśli ktoś lubi takie smaczki, to jest to ciekawe). U Yanagihary kiedy w końcu coś ciekawego zaczyna się dziać w fabule, to następuje bardzo rozległy opis dosłownie wszystkiego, który spowalnia akcję. Przez co książka się wlecze chwilami i ciągnie jak lasagna. To są zapychacze najbardziej podłego gatunku. Podam jeden konkretny przykład. Główny bohater interesuje się matematyką czystą. Podczas przyjęcia spotyka różnych ludzi i w książce następuje mało porywający wykład akademicki na temat matematyki czystej. Jaki to miało sens dla fabuły – nie wiem, ale podczas czytania stanął mi wtedy przed oczami ten skecz z programu "Mała Brytania" gdzie autorka stylizowana na Barbarę Cartland dyktując powieść w którymś momencie pyta swojej sekretarki ile mają stron. Gdy okazuje się, że za mało, to poleca asystentce przepisywać Biblię. To skojarzenie miałam wiele razy, czytając "Małe życie". Były też na przykład wykłady z prawa. Co czytelnika obchodzi prawodawstwo w jakimś stanie USA? Jakie to ma znaczenie dla fabuły? To nawet nie jest książka z wątkiem prawniczym, gdzie taki wykład miałby sens dla fabuły, żeby wyjaśnić coś czytelnikowi (jak to robi na przykład często John Grisham). Pomijam nawet kwestię, że w prawdziwym życiu nikt w ten sposób nie prowadzi rozmowy i to brzmi bardzo sztucznie. Nikt na zapytanie: "czym się zajmujesz?" podczas imprezy nie strzela wykładu z jakiejś wąskiej specjalistycznej dziedziny. To jest zwykła, ordynarna zapchajdziura. Oczywiście, w powieści obyczajowej nie musi być pasjonującej akcji ale są jakieś granice pchania waty w powieść, zwłaszcza gdy ma ona ponad 800 stron. Podczas czytania miałam wrażenie, że nikt nie zrobił redakcji tej książki i po prostu wydrukowali to co autorka miała na komputerze, jak leci, bez czytania, bo czasem nie widać w tym żadnej logicznej całości i przemyślanego pomysłu.
Yoda składnia, zaimki i konstrukcja powieści – Co do konstrukcji, już trochę nakreśliłam powyżej problem, który m.in. mam z tą książką. Jest po prostu źle wyważona. Nie wiem czy autorka pisała spontanicznie, czy potem tego nie przeczytała i puściła do wydawnictwa jak leci ale takie miałam wrażenie. Pominąwszy kwestię nierównowagi dialogu i opisu, jest też problem z wątkami. Na początku czytelnik dostaje szczegółowy (naprawdę szczegółowy), opis dziejów JB, który to JB jest postacią co najwyżej trzeciorzędną i nie ma większego znaczenia dla fabuły. To samo z Malcolmem. Owszem, oni obaj przewijają się przez całą powieść ale naprawdę nie są aż tak ważni, żeby dostać po kilkadziesiąt stron każdy, podczas których autorka opisuje ich rodziny, dzieciństwo itp. bzdury. Wystarczyło o tym wspomnieć w kilku akapitach. Nikogo nie interesuje historia kota sąsiada z góry albo lewej skarpetki jakiejś babci spotkanej raz w tramwaju. To jest tego typu głębokość wchodzenia w lor postaci, jaki uprawia autorka i jest to najbardziej irytująca rzecz w jej stylu literackim. Mówiąc krótko i brutalnie – często pierdzieli od rzeczy, zamiast skupić się na istotnych wątkach. Najważniejsze postacie (Jude, Willem i Harold), też dostają taki background ale w ich przypadku ma to przynajmniej znaczenie dla fabuły. Początek książki nie zachęca do czytania. Ściana tekstu, żadnej zarzuconej wędki, żadnego wabika, który by wzbudził zainteresowanie. Szczerze mówiąc, gdybym wcześniej nie wiedziała o czym mniej więcej ta historia będzie (o traumie i radzeniu sobie z nią, co jest jednym z moich ulubionych motywów literackich), porzuciłabym czytanie po kilkudziesięciu pierwszych stronach. Do około 20% powieści dosłownie nic ciekawego się nie dzieje. Czytelnik dostaje rozlazłe opisy wszystkiego, w tym postaci, które nikogo nie interesują. Książka ma zapłon jak diesel na mrozie. A w dodatku jest coś, co wybija z czytania. Składnia godna mistrza Yody. W tym przypadku nie jestem pewna kto zawinił – autorka, czy tłumacz. Brzmi to mniej więcej tak: jest dialog, po czym narrator stwierdza – powiedział on, zrobił on, pomyślał on. Za dużo niepotrzebnych zaimków osobowych w miejscach, w których z dialogu spokojnie można wywnioskować kto co mówi. Taka łopatologia zaimkowa. Strasznie to irytowało i wybijało mnie z rytmu.
Gej na geju, gejem i lesbijką pogania – Może trochę kontrowersyjny punkt ale musiałam. Stężenie osób LGBTQ+ w tej powieści jest absurdalne. Ja rozumiem, że fabuła kręci się wokół środowiska artystycznego Nowego Jorku, gdzie pewnie osób tego typu jest nadreprezentacja ale bez przesady. Kiedyś czytałam książkę "Two to love" Sophie Oak, w której na jedno małe miasteczko przypadały: dwa trójkąty miłosne, weseli nudyści, pacyfiści, a nawet szalony poszukiwacz UFO. Dokładnie to samo jest w tym przypadku. W książce Yanagihary każdy jest gejem, lesbijką, biseksualny, aseksualny albo coś w tym stylu. A nawet jak jest hetero, to ma doświadczenia seksualne z własną płcią i to jest traktowane jak norma. W prawdziwym życiu tak się nie dzieje, osoby nieheteronormatywne to nie jest większość populacji. Owszem, to fikcja i mogłoby być nawet 100% takich osób w powieści ale jednak nie brzmi to zbyt wiarygodnie. Akcja powieści rozgrywa się we współczesności w USA, a nie w jakimś wymyślonym świecie.
Przerysowany dramatyzm, czyli meksykańska telenowela do potęgi entej – Jak dużo nieszczęść może spotkać jedną osobę? Gdy zapytali Yanagiharę odpowiedziała: tak. Jude, główna postać tej książki, przeżył dosłownie wszystko i to w stopniu hard (Diana Palmer i Danielle Steel mogłyby się uczyć od Yanagihary jak udręczyć bohatera). Bardzo lubię wątek traumy i nieszczęść, lubię dramatyzm w książkach ale nawet dla mnie w "Małym życiu" było tego wszystkiego zdecydowanie za dużo. To się robi absurdalne wręcz jak wiele złych rzeczy przeszedł bohater. Porzucenie przez rodziców i podrzucenie do klasztoru jako niemowlę, przemoc psychiczna i fizyczna gdy był dzieckiem ze strony zakonników, do tego gwałty na nim. Potem gdy uciekł z ulubionym mnichem, ten gwałcił bohatera i sprzedawał go pedofilom. Gdy Judowi udało się wyrwać z tego, trafił do domu dziecka, gdzie znów był wykorzystywany seksualnie (w tej Ameryce to niebezpiecznie, sami pedofile, stężenie pedofili na metr kwadratowy jest tak duże, że wybija poza skalę), po czym po ucieczce z bidula, cóż za zaskoczenie - znów trafił na pedofila, który go przetrzymywał, a na koniec okaleczył. Do tego niesprawne nogi i kręgosłup, choroby weneryczne i potężny psychiczny uraz (to ostatnie akurat jest zrozumiałe). Zapomniałabym jeszcze o amputacji kończyn, pobiciu i gwałcie już na dorosłym bohaterze. Gdzieś w międzyczasie jest jeszcze próba samobójcza ale szczerze mówiąc, nie potrafię jej umiejscowić na osi czasu w fabule. Autorka naprawdę nie oszczędza Jude'a. Problem w tym, że tego jest za dużo jak na jedną osobę i w którymś momencie, zamiast współczuć bohaterowi, zastanawiałam się co złego go jeszcze spotka. Co za dużo, to niezdrowo. Przesadzenie z cierpieniem odniosło odwrotny skutek – zrobiła się z tego groteska. Jedna trauma lub dwie, krzyczałyby głośno, dodawały smaku tej historii jak szczypta soli w potrawie (jest tak na przykład w "Listach do utraconej" Brigid Kemmerer), ale sto traum robi wrażenie, jakby ktoś wsypał całą sól z solniczki w dobrą potrawę. Zrobiło się niezjadliwie i absurdalnie (tu patrz punkt o przesycie osób nieheteronormatywnych w społeczeństwie, to się statystycznie nie klei w jakąkolwiek sensowną całość). Na dodatek odnosiłam chwilami wrażenie, że autorce sprawia jakąś perwersyjną przyjemność obrazowe opisywanie cięcia się żyletką, wymiocin, scen przemocy i autoagresji bohatera. Za to na szczęście erotykę opisała dość powściągliwie i w zasadzie bez szczegółów, jest tylko wspomniane, że do czegoś między bohaterami doszło.
Grafomania – Nie muszę chyba tłumaczyć czym jest grafomania ale wspomnę, mimo to. Styl autorki chwilami jest normalny – zwykłe, poprawnie zbudowane zdania i wtedy jest super. Potem jednak następują fragmenty, gdy autorkę ewidentnie poniosło. Jakieś dziwne przenośnie, zbyt poetycki język, filozoficzne pitu pitu o niczym i próbuje być lepszym Chandlerem, niż sam Raymond Chandler. W metafory to trzeba umieć. Dla mnie dobrym przykładem jest, oprócz Chandlera, Neil Gaiman (niestety, ze względów moralnych nie polecam wspierania tego autora). Przez to wszystko miałam wrażenie, że, jak już wcześniej wspomniałam, nikt tej książki nie zredagował, tylko puścił na żywioł pierwszy draft z komputera autorki. Niespójny styl, czasem przypominający granie duszy autorki (odsyłam do Feliksa W. Kresa i jego felietonów o pisaniu, warto się zapoznać). Wprawdzie nie miałam takiej traumy jak po "Królu łotrów" Loretty Chase (nic nie przebije nieszczęsnej "trumny niemowlęcia jego nowo narodzonej nadziei"), ale autorka ambitnie zbliżyła się do tego.
Obyczaj też musi być ciekawy - Wiem, że to literatura piękna. Nie oczekiwałam romansu albo czegoś w tym stylu. Nie trzeba jakichś wybuchów, pościgów, akcji w stylu zabili go i uciekł. Naprawdę, da się napisać dobrą powieść obyczajową bez tego wszystkiego. Nawet bez wątku romantycznego. Jedyne, czego oczekiwałam po tej powieści, to dobrej historii, która mnie wciągnie. Podeszłam do niej z otwartą głową. Muszę być jednak uczciwa w ocenie. Widząc tak pochlebne recenzje, nastawiłam się na coś naprawdę dobrego literacko. Na wiarygodną, wciągającą, pełną emocji historię. Chwilami właśnie taka była ta książka. Gdy autorka po mistrzowsku opisywała emocje bohaterów, czułam w sercu ich rozterki, przeżywałam wraz z nimi wszelkie trudy. Najciekawszy jest główny wątek – historia Jude'a i jego relacje z Haroldem i Willemem. To jest naprawdę napisane świetnie, psychologia postacie robi wrażenie, autorka bardzo głęboko wchodzi w umysł bohaterów i to się czyta z zapartym tchem. Cała ewolucja postrzegania świata przez Jude'a, w zasadzie tylko to mnie trzymało w ciekawości. Gdyby autorka skupiła się głównie na tym wątku, byłaby to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Niestety, w dobrym odbiorze powieści przeszkadzał mi nadmiar wątków, na dodatek poucinanych i poszatkowanych. Niektóre były zupełnie zbędne, inne za bardzo rozwleczone, umieszczone w złych momentach, co czasem wyglądało, jakby w trakcie pisania nagle się autorce zmienił pomysł na powieść. Jakby co innego chciała napisać, a co innego finalnie wyszło. Przez to powieść cierpi na wiele wad, z których najgorszą jest częsta nuda (patrz punkt o opisach). Książka jest przez to bardzo wymagająca ale niekoniecznie angażująca (przynajmniej nie tak, jakby mogła być, gdyby poprawić niedociągnięcia). Poza świetnymi momentami, ma obszerne fragmenty, przez które się brnie jak przez bagno. Może miałam za duże oczekiwania.
Zera i jedynki - Jest też coś, co mi się nie klarowało przez cały czas w głowie podczas czytania, a czego długo nie mogłam uchwycić, aż w końcu mnie olśniło. Chodzi o zerojedynkowość tej powieści. Wszystko albo na pełnej albo wcale. Bohaterowie jak się kłócą, to już zostają śmiertelnymi wrogami, a potem się godzą i kochają i tak w kółko. Relacje międzyludzkie są chwilami bardzo niewiarygodne i przerysowane. Zwłaszcza widać to na przykładzie męskich relacji. Nie wiem jak to jest w przypadku gejów, trudno mi powiedzieć, bo chyba nie znam żadnego geja, ale z moich życiowych doświadczeń obserwowania zachowań mężczyzn wynika, że bohaterowie Yanagihary nie są prawdziwi i wiarygodni w swych zachowaniach. Ciągle się przepraszają, płaczą, pokazują publicznie emocje, są bardzo empatyczni, bardziej niż ktokolwiek, kogo znam, wyrozumiali, każdy z nich praktycznie jest przerysowany pod tym względem, wręcz teatralny. Jak jest taki jeden bohater w książce, załóżmy wysoko wrażliwy, to ok. ale wszyscy? To by nie mogło się zdarzyć w prawdziwym życiu (patrz punkt o wiarygodności). Bohaterowie męscy w tej powieści bardziej przypominają pod względem psychologicznym kobiety, ale przebrane w męską powierzchowność. A swoją drogą, co ciekawe, w książce napisanej przez kobietę nie ma ani jednej ważnej dla fabuły postaci kobiecej (może poza Julią ale ona też jest tylko tłem dla Harolda). To też daje do myślenia.
Retrospekcja i zarządzanie czasem akcji oraz zmienna narracja - Muszę jednak dodać, że na plus zaliczam w miarę umiejętne żonglowanie retrospekcją. Jest ładnie oznaczone co dzieje się teraz (w narracji jest to w czasie teraźniejszym), co działo się w przeszłości (narracja prowadzona w czasie przeszłym), do tego dochodzi retrospekcja do dzieciństwa Jude'a, co razem zaczyna być problemem. Chyba wolałabym bardziej uporządkowaną retrospekcję, a nie skakanie wyrywkowo w przypadkowych momentach, co parę rozdziałów. Byłoby to bardziej czytelne. Większa część powieści jest pisana z perspektywy narratora wszystkowiedzącego ale są momenty pisane z punktu widzenia jednego z bohaterów. Trochę się można przez to pogubić w chronologii zdarzeń, bo wątki są zmiksowane trochę za bardzo i wydarzenia nie są opisane po kolei. Trzeba być czujnym, bo nigdy nie wiadomo kiedy autorka skoczy do jakiegoś losowego momentu z życia bohaterów, a że akcja powieści to dobre kilkadziesiąt lat, to jest spora szansa coś przegapić. Na przykład – coś dzieje się u Jude'a, opowiada o tym narrator wszystkowiedzący w czasie teraźniejszym, by za moment skoczyć do jego przeszłości sprzed kilku tygodni i nagle, zupełnie bez powodu przenieść się do czasów jego dzieciństwa, po czym znów mamy powrót do teraźniejszości ale już z punktu widzenia Harolda. Istny kociokwik. Jestem może zbyt wygodna, bo choć można się połapać co i kiedy się dzieje, to zdecydowanie wolę przejrzystszą narrację. Co za dużo, to niezdrowo.
Nie ufajcie opisom z okładki – Dla kogoś, kto napisał blurb tej powieści, jest specjalne miejsce w piekle. To nie jest wcale opowieść o czwórce przyjaciół, dojrzewaniu w Nowym Jorku, jak sugeruje opis na okładce. Nie dość, że blurb nie zachęca do czytania tej książki, to jeszcze kłamie. To jest historia człowieka skrzywdzonego, który przez całe życie zmaga się z potężną, nieleczoną traumą i jej konsekwencjami. To jest jego walka o siebie i z samym sobą. Dlatego ta historia tak bardzo mi przypomina film "Uśpieni" z Robertem De Niro, Kevinem Baconem i Bradem Pittem. Kto jeszcze nie widział, polecam, bardzo mocny, dobry film.
Realizm zdarzeń - "Małe życie" to jest trochę science fiction, a nie opis mogącej się wydarzyć rzeczywistości. Miejsce akcji to USA, czasy od mniej więcej (o ile dobrze policzyłam), lat 60-tych, kiedy rodzi się Jude, aż po współczesność (jest telefonia komórkowa, komputery itp. wiec założyłam, że ostatnie wydarzenia w książce to już lata 10-te XXI w.). Jest szereg rzeczy, które się krótko mówiąc, nie trzymają kupy albo są bardzo mocno naciągane. Po pierwsze - dlaczego zakonnicy przygarnęli dziecko, które im przeszkadzało i mieli z nim wyłącznie kłopoty, zwłaszcza, że w tym klasztorze nie było innych dzieci? To były lata 60-te, a nie wiktoriańska Anglia. Wtedy już na pewno w USA funkcjonował jakiś system pomocy społecznej i domów dziecka. Nie wiem, bo się nie znam na prawie amerykańskim, ale wydaje mi się, że takie rzeczy, jak podrzucenie noworodka na próg klasztoru to mnisi powinni gdzieś zgłosić. Inaczej jest to chyba łamanie prawa? Może mnie ktoś wyprowadzi z błędu, jeśli się mylę. W prawdziwym życiu dziecko prawdopodobnie trafiłoby do domu dziecka i tyle. Wtedy jednak nie byłoby możliwości, żeby napisać że bohater był bity i gwałcony przez zakonników oraz poniżany psychicznie (znów, jakie jest prawdopodobieństwo, że praktycznie każdy w tym klasztorze to pedofil o skłonnościach homoseksualnych?). Potem oczywiście, bohater przez całe dzieciństwo trafia wyłącznie na pedofilów. W oczach Yanagihary chyba wszyscy Amerykanie to zboczeńcy, bo każdy, kogo spotkał na swojej drodze Jude, chciał go wykorzystać seksualnie. Podobna rzecz miała miejsce w "Acheronie" autorstwa Sherrilyn Kenyon. Każdy chciał uprawiać seks z bohaterem ale tam było to przynajmniej jakoś wytłumaczone i to się działo w fikcyjnym świecie fantasy, a nie w Ameryce lat 70-tych. Yanagihara żyje w świecie, gdzie seks z kolegą ze studiów nie jest niczym dziwnym. No ja rozumiem, że niektórzy mają na studiach różne doświadczenia, zwłaszcza po ziółku i innych wspomagaczach ale chyba są jakieś granice. O ile JB jest zdeklarowanym gejem i jego kontakty z mężczyznami są wytłumaczalne, to już zupełnego braku refleksji na ten temat ze strony Willema nie rozumiem. On nie był gejem, był prawdopodobnie biseksualny ale spłynęło to po nim jak po kaczce, jakby odkrywanie własnej seksualności było czymś pomiędzy zjedzeniem na śniadanie płatków z mlekiem, a kupieniem codziennej gazety – nic nad czym warto się zastanowić. Takich rzeczy jest więcej – nielogicznych, nieprzystających do rzeczywistości, niewiarygodnych, przerysowanych, czy po prostu głupich.
Zachowanie głównego bohatera – Jude bywa tak irytujący, że czasem miałam ochotę potrząsnąć nim, mimo że wiem, że on nie istnieje. Rozumiem ogromną traumę, rozumiem emocje jej towarzyszące ale mi działał na nerwy. Wszyscy się z nim obchodzili jak ze zgniłym jajem, a on miał w dupie ich uczucia. Nie chciał dać sobie pomóc, stroił fochy, nikogo nie słuchał, upierał się jak tępy osioł. Obwiniał się o wszystko (zrozumiała reakcja po tym, co przeszedł), a równocześnie był przekonany, że on wie najlepiej, a wszyscy inni się mylą w ocenie. Na miejscu jego bliskich wystarałabym się o ubezwłasnowolnienie i leczenie go w zamkniętym ośrodku i byłoby po problemie. Zamiast tego wszyscy mu ulegali jak wrzodowi na tyłku i poklepywali po pleckach, zamiast ogarnąć chłopa i realnie mu pomóc (skoro sam nie potrafił sobie pomóc). No ale wtedy nie byłoby 800 stron powieści o tym, jaki on biedny, jak bardzo cierpi i nikt go nie rozumie. W którymś momencie już mi się włączył agresor i myślałam: chłopie, ogarnij się, nie ty jeden masz problemy, idź z tym do specjalisty, zamiast biadolić nad sobą i robić dramę.
Przesłanie książki – to jest chyba coś, co najbardziej mnie uwiera. Z tej książki przebija brak zaufania do terapii psychologicznej, do jej skuteczności i zasadności. Powieść zniechęca do korzystania z pomocy psychiatrycznej, w jakiś sposób gloryfikuje samoumartwianie się i brnięcie w zachowania autoagresywne. Dopiero pod koniec rodzina i przyjaciele bohatera przestają tolerować jego wieloletnie uszkadzanie się i gdy jest już naprawdę źle (Jude głodzi się ekstremalnie), umieszczają go w szpitalu, gdzie go zapinają w pasy i karmią na siłę, zmuszają też do terapii. Aż chciałoby się powiedzieć – nareszcie! Wreszcie ktoś w tej książce zaczął myśleć i wziął odpowiedzialność za bohatera, który nie ogarnia życia. Dawno nie byłam tak sfrustrowana po lekturze książki, która przecież jest fikcją literacką. Nie ma nic pięknego i wzniosłego w tym, ze ktoś chce się zabić. A autorka, mam wrażenie, że próbuje to uwznioślać. Może ja to źle interpretuję ale mam wrażenie, że nie powinno się sympatyzować z Judem. Był postacią głęboko zaburzoną, potrzebował pomocy, a nie użalania się nad nim przez 800 stron i gloryfikowania jego cierpienia. W prawdziwym życiu ludzie też przeżywają traumy, równie tragiczne jak ta przedstawiona w książce. To jednak nie jest powód, żeby romantyzować samobójstwo i okaleczanie się. Wiele się ostatnio mówi o romantyzowaniu gwałtu i agresji wobec bohaterek erotyków/romansów i że to szkodliwe społecznie. "Małe życie" mam wrażenie, romantyzuje samookaleczanie i samobójstwo (ostatnia scena w książce). Nie daje jasnej konkluzji, że to co robił Jude jest złe. Wiem, że łopatologia w powieści niekoniecznie jest dobra jednak w tym przypadku temat jest tak ważny, że brakło mi tego ostatecznego potępienia zachowań autodestrukcyjnych głównego bohatera. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla jego postępowania. Po prostu nie ma. Nie można zostawiać czytelnika z myślą, że targnięcie się na własne życie jest super i to najlepsze wyjście z sytuacji.
Podsumowanie – Może wyszło to wszystko trochę chaotycznie ale nic na to nie poradzę. Ta książka wzbudziła we mnie wiele emocji i to chyba dobrze. Na pewno do niej nie wrócę, ze względu na rzeczy, które powyżej opisałam, choć pewnie będę ją pamiętać na długie lata. Czy jest to dobra książka? Trudno powiedzieć. Chwilami jest świetna, ale też jest naiwna i niewiarygodna. Jeśli miałabym ją ocenić, to daję 6, bo mimo poważnej tematyki i chwilami dobrego wykonania, jest bardzo niedopracowana i przegadana. Za dużo jest zgrzytów, za dużo przesady i wciskania kitu, niepotrzebnej egzaltacji i nieprawdopodobnych zdarzeń, żeby brać tę powieść na poważnie. Mimo że sama historia Jude'a porywa, to jednak całość nie dowozi. Wymęczyła mnie ta książka psychicznie i bynajmniej nie z powodu nagromadzenia traum. Może to ja jestem za głupia albo zbyt przyziemna, żeby dostrzec wartość tej książki i zrozumieć aż tak wysokie oceny, jakie wystawili jej inni czytelnicy.



