Teraz jest 7 października 2022, o 20:56

Wygrana - Teresa Medeiros (Kawka)

Alfabetyczny spis recenzji ROMANSÓW HISTORYCZNYCH

Moderatorzy: Fringilla, Duzzz

Avatar użytkownika
 
Posty: 20058
Dołączył(a): 17 grudnia 2010, o 11:15
Lokalizacja: Rzeszów/Drammen
Ulubiona autorka/autor: Proctor, Spencer, Spindler i wiele innych

Wygrana - Teresa Medeiros (Kawka)

Post przez Kawka » 21 stycznia 2022, o 18:44

Teresa Medeiros "Wygrana"

Zubożały szlachcic, pan na Revelwood, jedyne co posiada, to gromadka obszarpanych i głodnych dzieci. Nie ma szczęścia w kościach i jako przegrany musi oddać w posługę na rok któregoś z potomków. Jego dłużnik, sir Gareth, przybywa aby odebrać swą nagrodę i zastaje na zamku piękną Rowenę. Decyduje, że to właśnie ona spłaci dług ojca.

Jak lubię Medeiros to tę książkę czytało mi się jak po grudzie. Przyciężki styl (albo zawaliła autora albo tłumacz, trudno stwierdzić) i ogólna nuda to dwa główne zarzuty ale nie jedyne. "Wygrana" przypomina swą mrocznością, tematyką i wykonaniem inną powieść autorki: "Grotę", a to była jak dotąd najsłabsza pozycja Medeiros, jaką czytałam. Właśnie znalazłam jeszcze gorszą.

Cóż z tego, że jest gęstość emocjonalna i dużo burzliwych emocji, które nadają romansowi smaku, skoro te emocje są praktycznie wyłącznie negatywne. Rowena i Gareth się nienawidzą, a jedyne co ich łączy to seks. Tego negatywnego obrazu nie zaciera nawet końcowa przemiana bohatera, o ile ją w ogóle przeszedł, bo zostało to zasugerowane bardzo pobieżnie.

A skoro już jesteśmy przy Garetcie – trudno o bardziej tępego, bucowatego, bezdusznego tyrana w romansie niż on. Godny przedstawiciel bodice ripperowych psychopatów, którzy uwielbiają się znęcać nad wybranką swego serca. Gareth mógłby stawać z nimi w szranki. Ten rycerz jest absolutnie odpychający. Gbur, niesympatyczny, mściwy, samolubny, uparty jak osioł, krótko mówiąc - toksyczny. A do tego głupi – bo jak można wymyślić zemstę, w której najbardziej ucierpi niewinna osoba, a nie prawdziwy winowajca?

Rowena na szczęście ma w sobie jakąś ikrę, dzięki czemu dało się doczytać tę powieść do końca. Bohaterka nie daje łatwo za wygraną, choć od momentu, gdy traci dziewictwo, wraz z nim ulatuje jej intelekt. Zaczyna być pierdołowatą mameją, która sama nie wie czego chce. Bo z jednej strony by chciała się bzykać po kątach z Garethem, a z drugiej czuje się wykorzystywana. Kocha go ale zaraz po tym, jak sobie to uświadamia, ucieka od niego pod byle pretekstem. Ogólnie jest rozchwiana emocjonalnie, co bardzo drażni, bo ileż można zdzierżyć te jej wieczne rozterki. Nie wierzę w jej miłość do Garetha.

Najbardziej w tej powieści zawodzi to, co w romansie powinno być najlepsze, czyli relacja pomiędzy głównymi bohaterami. Ich relacja to nie miłość, to był syndrom sztokholmski. W ogóle między nimi nie ma rozwoju uczucia, jest za to dużo seksu, zazdrości i przemocy, a nawet rękoczynów (z obu stron). Odpychające, a nie zachęcające do czytania. Nie ma delikatności, subtelności i stopniowego oswajania się bohaterów ze sobą, rozwoju ich uczucia, tylko nagłe przeskoczenie z nienawiści do miłości bez większego sensu i składu (znów podobieństwo do "Groty").

Główna para rozczarowuje, na szczęście są też postacie poboczne. Najbardziej podobały mi się postacie: Marlys i Blaine'a. Nie wiem czy Blaine otrzymał własną historię ale z pewnością zasłużył na nią. Poza tym dzielna trójka: Duży Freddie i Mały Freddie i fircykowaty Irvin. Fragmenty ich poczynań to chyba jedyne jaśniejsze momenty w tej książce, gdzie czasem można się było nawet uśmiechnąć, bo cała reszta jest napisana na śmiertelnie poważnie i zadęciem. Brak mi humoru i lekkości, do której przyzwyczaiła mnie Medeiros w innych książkach.

O ile można przełknąć kiepskich bohaterów i niezbyt porywający wątek romansowy, jeśli sama historia jest ciekawa, to w przypadku "Wygranej", niestety fabuła też zawodzi. Ta historia nie jest szczególnie ciekawa. Autorka serwuje liczne zapychające fabułę nudne opisy przyrody, średniowiecznych zamków, pijaństwa rycerzy i innych rzeczy, które nikogo nie obchodzą i nie wnoszą niczego do tej historii. Powieść ma 413 stron, a czytałam prawie trzy tygodnie na raty, bo musiałam odkładać co jakiś czas i odetchnąć od tej książki. Męczyłam się podczas lektury.

Ogólnie "Wygrana" zrobiła na mnie kiepskie wrażenie. Słaby romans, nuda, za dużo przemocy i toksyczności, dołujące opisy, mroczność, dziwna intryga (kiepsko się trzymająca kupy no ale nie będę się czepiać, bo bywają gorsze) i nawet styl nie pomógł. Ta książka jest ponura jak twarz Ahonena. Zupełnie nie tego się spodziewałam po autorce tak dobrych książek jak "Pamiętnik", "Amulet", czy "Propozycja", napisanych z rozmachem, humorem i lekkością. "Wygrana" to pozycja zdecydowanie do zapomnienia. Moja ocena to 3/10 (może byłoby niżej ale jednak dałam radę dokończyć i niektóre wątki poboczne były w porządku).
http://www.radiocentrum.pl

"...Gary (...) niedawno zerwał ze swoją dziewczyną z powodu niezgodności charakterów (charakter nie pozwolił jej zgodzić się na to, by Gary sypiał z jej najlepszą przyjaciółką)". Neil Gaiman "Nigdziebądź".

Powrót do Recenzje romansów historycznych

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość