Teraz jest 7 października 2022, o 21:35

Porwana narzeczona - Johanna Lindsey (Kawka)

Alfabetyczny spis recenzji ROMANSÓW HISTORYCZNYCH

Moderatorzy: Fringilla, Duzzz

Avatar użytkownika
 
Posty: 20058
Dołączył(a): 17 grudnia 2010, o 11:15
Lokalizacja: Rzeszów/Drammen
Ulubiona autorka/autor: Proctor, Spencer, Spindler i wiele innych

Porwana narzeczona - Johanna Lindsey (Kawka)

Post przez Kawka » 10 października 2021, o 22:47

Johanna Lindsey "Porwana narzeczona"

Rok 1883. Piękna Christina, wraz z bratem, wyrusza na sezon towarzyski do Londynu. Podczas jednego z przyjęć poznaje aroganckiego Phillipa Caxtona, który jest nią oczarowany. Dziewczyna z miejsca daje mu kosza. Phillip, urażony jej odmową, postanawia za wszelką cenę zdobyć niepokorną wybrankę, układa więc plan porwania Christiny.

Jak lubię Lindsey i jestem w stanie wiele jej wybaczyć, tak tym razem stwierdzam, że to najgorsza książka tej autorki. Zdecydowanie coś poszło bardzo nie tak. Ta książka to przepis jak nie należy pisać romansu. Jedyne usprawiedliwienie widzę w fakcie, że powieść ukazała się po raz pierwszy w 1977 r. i wpisuje się w modny wtedy nurt bodice ripper. Poza tym, to chyba debiutancka powieść Lindsey więc może wtedy jej warsztat literacki nie był jeszcze zbyt wyrobiony.

Przede wszystkim wielki minus to wkurzający główny bohater: straszny buc, gwałciciel, świnia i menda. Nic go nie tłumaczy. Porwał niewinną dziewczynę, bo nie mógł utrzymać penisa w spodniach. Bezduszny gad bez serca. Nie da się go lubić. Mimo wychowania w Anglii, nie wpadł na to, że można się zalecać do wybranej dziewczyny, zamiast tego wolał ją porwać, zgwałcić i uwięzić. A wszystko to dlatego, że po zaledwie dniu znajomości odrzuciła jego zaręczyny. A zaręczyny wyglądały tak, że on jej wyznał, że jest napalony jak dzik na żołędzie i dlatego ona go powinna po stopach całować, że w ogóle się jej oświadczył. Brak słów na tego "romantyka".

Z kolei bohaterka to pusta, bezmyślna dziunia, z przeciągiem między uszami. Po porwaniu niby się opiera ale wystarczy jeden pocałunek, żeby się oddała porywaczowi, choć zarzekała się, że go nienawidzi. Mimo że pałała do niego nienawiścią to wystarczyło, żeby jej dał jakieś szmatki, a już gotowa była się z nim przespać. Zgrywała niedostępną dziewicę ale zachowywała się jak tania dziwka. Najpierw się dała ponieść chuci, a na następny dzień wylewała łzy i rozpaczała, że ją zgwałcił i równocześnie była zła na siebie. Gdzie w tym logika? Siedząc w zamknięciu zamiast myśleć o tym jak uciec, to zastanawiała się czy jej spódnica pasuje do bluzki. Ona była tak tępa, że aż strach. Idealnie partnerka dola głupiego bohatera.

Ich miłość to syndrom sztokholmski. Chory, toksyczny związek. On owładnięty żądzą, ona głupia i mimozowata. Gdy on ją w końcu sprał, bohaterka jeszcze miała z tego powodu wrzuty sumienia. Tak, ona miała wyrzuty sumienia, że facet ją pobił. Ręce opadają. Jak ją porwał inny psychopata i jeszcze mocniej sprał, to zaczęła nagle kochać swojego starego oprawcę. Nagle jej się włączył tryb wdzięcznej niewolnicy, w myśl zasady, że lepszy znany oprawca, który tylko gwałci i targa za kudły, niż nieznany, który zgwałci i przyłoży jeszcze pięścią w twarz. Według bohaterki fajnie jest być czymś pomiędzy workiem na spermę i meblem, bo tak ją traktuje jej ukochany. Jedyne prawo jakie ona ma, to prawo do siedzenia cicho i spełniania każdej zachcianki swego pana i władcy i ochoczego rozkładania przed nim nóg.

Straszna ta książka jest pod tym względem. Mimo to czyta się ją szybko i sprawnie, w czym pomagają bardzo krótkie rozdziały. Lekki styl to znak rozpoznawczy Lindsey ale nawet tu to nie pomogło. Głupot i nielogiczności jest tak dużo, że trudno na to przymknąć oko. Nawet gdybym zamknęła oba, to nie zmaże to ogólnego wrażenia, że ta książka to totalny niewypał.

Wiem, że to bodice ripper i takie wtedy były romanse ale nawet ten gatunek powinien mieć jakieś granice, bo to co Lindsey zrobiła w tej książce, to lekka przesada, nawet dla mnie, oddanej fanki autorki. Nie da się tego niczym wytłumaczyć. Nie da się też odprzeczytać. Po lekturze mam ochotę wydłubać sobie oczy mikserem.

Powieści nie ratuje nawet lekki styl i ogólna gładkość. Czytacie na własną odpowiedzialność i najlepiej miejcie pod ręką solidną butelkę z procentami. Lipna, głupia, bzdurna książka, 2/10.
http://www.radiocentrum.pl

"...Gary (...) niedawno zerwał ze swoją dziewczyną z powodu niezgodności charakterów (charakter nie pozwolił jej zgodzić się na to, by Gary sypiał z jej najlepszą przyjaciółką)". Neil Gaiman "Nigdziebądź".

Powrót do Recenzje romansów historycznych

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość