przez Janka » 6 grudnia 2019, o 23:27
Pomalutku czytam dalej "Martwy sezon", zbliżam się do połowy i dochodzę do wniosku, że ta książka jest nie tylko nudna i źle napisana, ale też bardzo szkodliwa społecznie.
Wad w książce jest bez liku. Już nawet przestałam czepiać się tego, że bohaterowie są albo biali jak śnieg, albo maksymalnie podli i źli. Nie ma nic pomiędzy. Nie wiem, czy to znaczy, że pani Jadowska jest aż tak marną autorką, czy że uważa nas za debili, którzy sami nie odróżnią, że ktoś robi coś złego, jeśli w jakimś innym momencie zrobi coś trochę mniej strasznego lub, nie daj Boże, dobrego.
Nie marudzę również o to, że książka miała być powieścią współczesną, więc nie powinno być w niej wątków fantastycznych, a są i to dość mocno obecne.
Wątek medikalowy jest strasznie oderwany od rzeczywistości i nie wierzę, że pani Jadowska poznała już kiedyś lekarza albo osobiście widziała prawdziwy szpital. Ale dobra, to też da się znieść, bo są w książce rzeczy dużo gorsze.
Co do tej szkodliwości społecznej książki, to coraz bardziej jestem przekonana, że do końca już nic się w treści nie zmieni i autorka nadal będzie twierdziła, że:
1- Uciec od maltretującego ją męża może tylko kobieta bezdzietna.
2- Pomóc w ucieczce można tylko kobiecie bezdzietnej.
3- O ucieczce od męża można zacząć myśleć dopiero wtedy, gdy istnieje zagrożenie życia, a mąż tak mocno się nakręci w spirali okrucieństwa, że już nie będzie miał żadnych momentów spokojniejszych i znęcać się nad żoną będzie cały czas bez przerw.
4- Zdecydować się na ucieczkę wolno tylko w momencie, gdy będzie się bardzo pobitą, najlepiej z połamanymi kończynami i żebrami oraz całą posiniaczoną. Najlepiej odłożyć myśl o rozstaniu z mężem dopiero na moment, gdy z powodów zdrowotnych właściwie nie będzie to wykonalne.
Pozostałe wnioski, które autorka podaje na tacy czytelnikowi i każe mu w nie wierzyć, są tak samo fałszywe, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością i bardzo przesadzone.
Pani Jadowska sugeruje nam wszystkim, że każda żona, wiedząc, że jej mąż ma problem ze swoją wybuchowością lub skłonność do okrucieństwa, powinna z góry postanowić, że nie będzie miała z nim dzieci, żeby można było od niego kiedyś uciec. No brawo za tę pokrętną logikę! - A co w takim razie z tymi żonami, które nie wiedziały? Z tymi, które były w mężu zakochane? Z tymi, które zdążyły zajść w ciążę, zanim pierwszy raz dostały od męża bęcki? Czyżby takich nie było? No i czemu te wszystkie kobiety, które wiedziały, że mąż będzie się nad nimi znęcał, w ogóle zdecydowały się na małżeństwo? Wprawdzie małżeństwo bezdzietne, ale jednak małżeństwo. Po co to im było?
Czegoś równie głupiego już dawno nie widziałam.
A przy tym wszystkim autorka jest przekonana o swojej mądrości, wrażliwości, tolerancji i empatii. Nie wiem, jak na to wpadła, ale właśnie tak o sobie myśli. Książkę nafaszerowała hasłami couchingowymi, radami etycznymi, sloganami, wzorami postępowania, pustymi frazesami i już sama nie wiem, czym jeszcze. Autorka wie, jak należy postępować i poczuła misję, by nas również tego nauczyć. Wprawdzie rozumie, że jesteśmy mało inteligentni, więc wiele się nie nauczymy, ale gdy się nam w kółko będzie pokazywać, co jest dobre, a co złe, to może w końcu trochę z tego kapniemy.
Na podręcznik etyki dla małych dzieci książka również się nie nadaje. W sumie, to nie wiem, dla kogo by była dobra.
