


Jakiś czas temu brałem udział w dyskusji panelowej o pracy twórczej; jedną z rozmówczyń była pani prowadząca galerię i rzuciła hasłem: „Malarze muszą zrozumieć, że ich zawód to nie jest tylko machanie pędzelkiem”.
(...)
Dalej pani ciągnęła swój wywód, że każdy artysta jest jednoosobowym przedsiębiorcą, że musi się umieć sprzedać, musi mieć działające media społecznościowe, profesjonalnie je prowadzić, a, olaboga, nikt tego nie uczy, itp. itd. Otóż fundamentalnie NIE ZGADZAM się z tym, że każdy artysta to przedsiębiorca, zarządzający marką produkującą obrazy, książki, taniec czy muzykę; logika przedsiębiorstwa jest logiką maksymalizacji zysku i minimalizacji kosztów. Nie jest to logika sztuki, która, że tak to ujmę, działa w zupełnie innych walutach, często niewymienialnych lub słabowymienialnych na złotówki, euro czy dolary.
Ale myślę o tym w szerszym kontekście – w kontekście różnych innych sztuk, w tym literatury. W literaturze coraz częściej wydawcy naciskają na twórców, żeby nie tylko brali udział w promocji książek (często bezpłatnie), ale też sami produkowali i promocyjny „kontent” w mediach społecznościowych i publikowali go we własnej sieci fanowskiej (ba, zdarza się, że sprawdzają, jak wyglądają media społecznościowe debiutanta, zanim podejmą decyzję o druku).
(...)
A zatem coraz częściej twórcy kultury są obciążani materialnymi i niematerialnymi kosztami promocji. Tyle, że cały sens posiadania wydawcy czy galernika polega na tym, że twórcy sobie mogą „machać pędzelkiem” i „bębnić w klawiaturki”, a przedsiębiorstwo – za stosowną opłatą – ich obsługuje. (...)
Jeszcze nie tak dawno wydawcy mieli na etacie redaktorów, korektorów, ilustratorów; po 1989 roku kapitalistyczna logika minimalizacji kosztów i maksymalizacji zysków sprawiła, że się ich po prostu stopniowo pozbyto i wyrzucono na „jednoosobowe działalności gospodarcze”, tworząc całą rozproszoną armię fachowców, którzy żyją od projektu do projektu, słabo opłacani, pozbawieni ubezpieczenia i wszystkiego, co daje etat.
I oto dochodzimy do takiej oto sytuacji, w której „obsługa” twórców pobiera coraz większe procenty, RÓWNOCZEŚNIE oczekując wykonywania coraz większej części pracy, do której została wynajęta.(...)
Czyli wydawca za książkę bierze 80%, a pisarz – 20% (na co potem dystrybutorzy i księgarze indywidualni wrzucają kolejne procenty).
Dlatego zastanawiam się, jak długo będzie to jeszcze możliwe? Gdzie jest ta granica, za którą ten system się załamuje? (...)
Widzę, jak wrze w środowisku pisarskim (nie tylko w Unii Literackiej zresztą) – i trochę się tego obawiam, bo jestem wielkim zwolennikiem tradycyjnego procesu wydawniczego: uważnej pracy nad książką od samego początku, rozmów ze sprawdzonymi fachowcami od redakcji, korekty, składu – ale równocześnie widzę, że poważne nieraz wydawnictwa drukują bezpardonowo szkodliwy chłam, są przyłapywane na stosowaniu AI, publikowaniu plagiatorów. A tymczasem wypchnięta poza ich nawias armia wspomnianych sprawdzonych fachowców jest dostępna na rynku, niezwiązana żadnym etatem.
(...) Na naszym literackim podwórku pojawiają się kolejne przykłady selfpublishingu, w których autorzy wyliczają realne koszty i zyski, przebijające zdecydowanie ofertę wydawców. Równocześnie nie jest to dawne „vanity publishing” (które oczywiście dalej istnieje), czyli bylejakość poganiająca bylejakość bylejakością – twórca po prostu uznaje, że ma dość płacenia 80% daniny profesjonalnej firmie wydawniczej. Więc najmuje profesjonalnego artystę do okładki, profesjonalną redaktorkę, profesjonalnego korektora, profesjonalną składaczkę. Bo nawet jeśli zapłaci kilku fachowcom i sprzeda o połowę mniej książek, ale zgarnie 100% a nie 20%, to jest finansowo daleko do przodu. Widzę, jak dynamicznie wzrasta zainteresowanie tego rodzaju zmianą zasad gry – inicjatywy pojawiają się jak grzyby po deszczu, mówi się o spółdzielniach, alternatywnych regułach pracy wydawców z autorami, i tak dalej.
(...).
Powrót do Wiadomości i publicystyka
Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości